Friday, April 18, 2008

Myśląc Ojczyzna: "Językiem dyplomatycznym" red. Stanisław Michalkiewicz Felieton

Myśląc Ojczyzna: "Językiem dyplomatycznym" red. Stanisław Michalkiewicz Felieton


słuchajzapisz

Szanowni Państwo!

Wielokrotne doświadczenia nauczyły nas, żeby nigdy nie wierzyć politykom. Jeśli nawet polityk mówi, dajmy na to, "dzień dobry", to zanim uprzejmie mu odpowiemy na to pozdrowienie, najpierw sprawdźmy, czy aby na pewno jest dzień - bo czy był on "dobry", to okaże się dopiero o północy.
Dlaczego nie powinniśmy wierzyć politykom? Dlatego, że z reguły posługują się oni językiem dyplomatycznym. Język dyplomatyczny zaś nie służy wcale do wyrażania myśli, a zwłaszcza - do jasnego ich wyrażania, tylko przeciwnie - służy do ukrywania myśli. A w jaki sposób najlepiej ukryć myśl? To proste; myśl najlepiej ukryć w bezmyślnym bełkocie. To dlatego właśnie wystąpienia polityków sprawiają wrażenie beznadziejnie głupich, bo trzeba użyć bardzo dużo bezmyślnego bełkotu, żeby ukryć w nim jakąś - nawet byle jaką - myśl.
Jeśli zatem politycy mówią nam, że jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej - powinniśmy raczej spodziewać się najgorszego, pamiętając o diagnozie Radia Erewań, ze "lepiej już było". Kiedy więc słyszymy, że Polska po przyłączeniu jej do nowego państwa - Unii Europejskiej - nie utraci niepodległości, to wiemy, ze jest to tylko bezmyślny bełkot, przy pomocy którego politycy pragną ukryć przed nami wstydliwą prawdę, że zgodzili się nie tylko na utratę niepodległości, ale prawdopodobnie i na swego rodzaju rozbiór Polski w nadziei, iż ich nowi zwierzchnicy zapewnia im łaskawy chleb na biurowych i poselskich posadach.
Ale żadna działalność ludzka nie jest doskonała i niekiedy politykom, nawet jeśli w ukrywaniu myśli doszli do wielkiej wprawy, ta sztuka nie udaje się do końca. Mam wrażenie, że taki właściwie wypadek przydarzył się prezydentowi Izraela, panu Szymonowi Peresowi, podczas przemówienia z okazji obchodów rocznicy powstania w getcie warszawskim. Pan prezydent Peres powiedział między innymi, że "Izrael pragnie zemsty", chociaż ma to być zemsta "w innym wymiarze". Ten "inny wymiar" polega na tym, by mścić się przy pomocy "pokoju".
Na pozór wypowiedź ta przypomina znany z przemówień innych polityków bezmyślny bełkot, ale tym razem chyba tak nie jest. Obawiam się, że tym razem prezydent Izraela, być może niechcący, ujawnił przed nami niepokojącą prawdę - że mianowicie również pokój może być narzędziem zemsty.
Właściwie nie jest to myśl oryginalna, bo przecież wszystkie wojny prędzej czy później kończyły się pokojem. Problem jednak polegał na tym, że niekoniecznie był to pokój sprawiedliwy. Weźmy na przykład drugą wojnę światową. Zakończyła się ona pokojem, ale pokój ten został osiągnięty dzięki decyzjom podjętym na konferencji w Jałcie w lutym 1945 roku, w następstwie których Polska, podobnie jak inne państwa Środkowej Europy, dostały się pod władzę Józefa Stalina i w sowieckiej niewoli przeżyły prawie pół wieku! Taki pokój rzeczywiście można byłoby potraktować w kategoriach zemsty, więc jak widzimy - prezydent Szymon Peres w gruncie rzeczy nie powiedział nam niczego nowego.
Jego deklaracja zyskuje walor nowości tylko wtedy, gdy potraktujemy ją jako ostrzeżenie. Czy jednak mamy podstawy, by tak właśnie ją potraktować? Akurat niedawno bawił w Izraelu pan premier Donald Tusk, według którego, od tej wizyty można rozpocząć liczenie nowej ery w stosunkach między obydwoma państwami. Byłoby to może bardzo ciekawe, ale pan premier Tusk już kilka razy zdążył ogłosić nowa erę, zarówno w stosunkach polsko-niemieckich, jak i w stosunkach polsko-rosyjskich. Te deklaracje okazały się jednak bez pokrycia, bo postępowanie Niemiec wobec Polski wprawia w zakłopotanie nawet "profesora" Władysława Bartoszewskiego, znanego w całym świecie ze strusiego żołądka, który przełknie i strawi wszystko, pod warunkiem odpowiedniej omasty w postaci nagrody, które Niemcy z charakterystyczną dla siebie systematycznością, przyznają mu regularnie mniej więcej co kwartał. Jeśli chodzi o Rosję, to w ogóle szkoda każdego słowa, bo dla scharakteryzowania rezultatów moskiewskiej wizyty pana premiera Donalda Tuska należałoby użyć wyłącznie sformułowań lekceważących, a to byłoby niezbyt taktowne.
Czy jednak deklaracja pana premiera Tuska, sugerująca nową erę w stosunkach polsko-izraelskich nie zawiera aby ziarenka prawdy? Tego wykluczyć nie można przede wszystkim z uwagi na zapowiedź polskiego premiera, iż do końca roku zostanie uchwalona ustawa o rekompensatach za mienie odebrane właścicielom przez komunistów, którzy objęli Polskę we władanie w ramach pokoju uzgodnionego w Jałcie.
Pan Szewach Weiss, były ambasador Izraela w Warszawie, uchodzący z tego tytułu za "przyjaciela Polski", w niedawnym felietonie zamieszczonym w "Rzeczpospolitej", sprecyzował izraelskie oczekiwania na kwotę od 30 do 60 miliardów dolarów. Warto zwrócić uwagę, że kiedy przed dwoma laty na tej antenie poinformowałem polską opinię publiczną o takiej właśnie skali żydowskich roszczeń wobec Polski, omal nie zostałem żywcem rozszarpany przez tubylczych ormowców politycznej poprawności. Ale skoro taką samą kwotę wymienia "przyjaciel Polski", to jego, ma się rozumieć, nikt o "antysemityzm" do prokuratury nie zaskarży.
Oczywiście pan premier Tusk nie obiecał wypłacenia całej tej sumy; takie zuchwalstwo nie przeszłoby przez gardło nawet jemu, chociaż pewnie "Gazeta Wyborcza" nazwałaby go wtedy "Umiłowanym Przywódcą", a i inne media nie ośmieliłyby się zbluźnić przeciwko takiej hojności. Ale oprócz mediów jest jeszcze milcząca większość, której taka hojność ich kosztem mogłaby się mimo wszystko nie spodobać. Dlatego też obiecał wypłacenie tylko 20 procent tej sumy. Ciekawe, że nawet te środowiska żydowskie, które jeszcze niedawno o żadnych 20 procentach nie chciały słyszeć, domagając się stu procent z odsetkami, tym razem, jak na komendę nabrały wody w usta i nie podjęły żadnej dyskusji. Można to sobie tłumaczyć na dwa sposoby: albo wspaniałomyślnie odstąpiły od zamiaru "pokojowej zemsty" na ubogiej Rzeczypospolitej - co wkładam raczej między bajki - albo traktują te 20 procent jako pierwszą transzę, takie włożenie nogi między drzwi, których potem już nie będzie można zamknąć, aż skarbiec zostanie opróżniony do ostatniego okruszka.
Chodzi bowiem o to, że ustawa, o której wspomina pan premier Tusk, dopiero stworzy podstawę prawną, umożliwiającą wysunięcie roszczeń tym, którzy do tej pory niczego skutecznie domagać się od Polski nie mogli. Ci bowiem, którzy naprawdę mieli uprawnienia do majątku, tytuły własności odzyskiwali bez żadnych dodatkowych ustaw. Najlepszym przykładem jest pan Ron Balamuth, spadkobierca właścicieli kamienicy w Wadowicach, w której urodził się Karol Wojtyła. Odzyskał on tytuł własności tej kamienicy w zwyczajnym postępowaniu przed polskim sądem, a następnie sprzedał ja panu Ryszardowi Krauzemu, który z kolei ofiarował ją na muzeum Jana Pawła II. Jeśli zatem prawdziwym spadkobiercom niepotrzebna jest żadna nowa ustawa, to komu jest potrzebna?
Pan minister Aleksander Grad twierdzi, że właśnie indywidualnym spadkobiercom i że organizacje tak zwanego "przemysłu holokaustu" nie dostana z tego tytułu ani grosza. Ale pan minister Grad może na razie sobie mówić, co mu się tylko podoba, bo nie ma jeszcze nawet założeń do rządowego projektu ustawy. Kiedy zaś przyjdzie do ich opracowywania, to już nie jestem pewien, czy pan minister Grad nie wykaże większej elastyczności, zwłaszcza gdyby zmusiła go do tego ta sama ręka, która przywiodła go do władzy. Wreszcie musimy pamiętać, że język dyplomatyczny służy nie do wyrażania, a do ukrywania myśli, więc nie można wykluczyć, że pan minister Grad chciał przed nami ukryć myśl następującą: "niech cymbały na razie myślą, że to prawda, że rząd dba o interes państwa i obywateli, a potem - niech sobie krzyczą i gadają, skoro i tak będzie już po harapie."?
Warto przypomnieć, że w roku 1997 Polska, jako łapówkę za przyjęcie do NATO, musiała uchwalić ustawę o stosunku państwa do gmin żydowskich, na podstawie której przewidziano transfer majątku o wartości około 10 miliardów dolarów. Akurat dzięki uprzejmości jednego z Czytelników i Słuchaczy dostałem dokumentację nieruchomości w Gdańsku, która w 1939 roku została przez tamtejszą gminę żydowską sprzedana notarialnie za wynagrodzeniem Senatowi Wolnego Miasta Gdańska, a obecnie - "odzyskana" przez tamtejszą gminę żydowską - być może z zamiarem powtórnego jej sprzedania.
Skoro jedna niewielka gmina potrafi wykręcać takie sztuki pod samym nosem pana premiera Tuska, to cóż dopiero mówić o organizacjach "przemysłu holokaustu", dysponujących nie tylko rezerwą finansową, ale i potężnymi wpływami, wobec których głosik rządu pana premiera Tuska cieńszy jest od pisku? Dlatego też, im więcej zapewnień ze strony rządu, że wszystko będzie w jak najlepszym porządku, tym mniej pewności po naszej - obywateli stronie, bo już wiemy, ze politykom, w szczególności aktualnie nas reprezentującym, nie można wierzyć ani na jotę.

Mówił Stanisław Michalkiewicz

Wednesday, April 16, 2008

Sendler Irena Mother of the Holocaust Children

Sendler Irena Mother of the Holocaust Children


Poland was the only country in all of Nazi-occupied Europe with death penalty for sheltering Jews. Germans knew how sympathetic Poles were to Polish Jews and in that way they could get rid of them both. Entire families, sometimes whole towns were murdered for sheltering Jews.

Spam What about the fact that - despite the overwhelming and deadly idea of antisemitism in the Third Reich - there were a large number of individuals and organizations (such as Zygota in Poland) that risked (and sometimes lost) their lives in the effort to save Jews? They saved thousands of Jewish children from the Nazi, smuggled them out of the Warsaw Getto and hid with Polish families?

Friday, April 11, 2008

Wizyta premiera Tuska w Izraelu prof. dr hab Bobusław Wolniewicz

Wizyta premiera Tuska w Izraelu prof. dr hab Bobusław Wolniewicz

Prawdziwa kompromitacja rządu premiera Tuska, a zwłaszcza jego osobiście



Wizyta premiera Tuska w Izraelu
prof. dr hab Bobusław Wolniewicz

słuchajzapisz


Bogusław Wolniewicz (ur. 22 września 1927 w Toruniu) - filozof i logik. Publicysta i felietonista m.in. Telewizji Trwam, Radia Maryja , Naszego Dziennika. W 2005 r. startował w wyborach parlamentarnych z listy Platformy Janusza Korwin-Mikke.


Życiorys
Studiował w latach 1947-1951 na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika pod kierunkiem Tadeusza Czeżowskiego. Do 1953 r. był asystentem w Katedrze Logiki UMK, a od 1956 r. wykładowcą na WSP w Gdańsku. W 1963 r. został przeniesiony do Katedry Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego z inicjatywy Adama Schaffa. Do 1998 r. był profesorem w Instytucie Filozofii UW, kiedy to odszedł na emeryturę. W latach 1956 - 1981 członek PZPR.


Nauka
Bogusław Wolniewicz specjalizuje się w filozofii religii i filozofii współczesnej. Dystansuje się od głównych nurtów filozofii XX wieku i przyjmuje tezy wielkich myślicieli, m.in.: Arystotelesa, Leibniza, Hume'a, Kanta i szczególnie Wittgensteina. Krytyczny wobec freudyzmu, fenomenologii, postmodernizmu i fundamentalizmu religijnego, a od lat 90. XX wieku także marksizmu, reprezentuje postawę analityczną i metafizyczną. Główne założenia jego myśli to aksjologiczny absolutyzm w wersji racjonalistycznej i metafizyczny pesymizm w spojrzeniu na człowieka oraz społeczeństwo.

Postanowieniem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego z dnia 11 listopada 1997 roku, za wybitne zasługi dla nauki polskiej, został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.


Polityka
Bogusław Wolniewicz startował w wyborach parlamentarnych w 2005 r. z list Platformy Janusza Korwin-Mikke, ale nie został posłem.

9 kwietnia 2006 Wolniewicz, wraz z o. Mieczysławem Krąpcem i ks. Czesławem Bartnikiem, zainicjował Społeczny Niezależny Zespół ds. Etyki Mediów, poparty m.in. przez przedstawicieli świata nauki i mediów, który postawił sobie za cel "informować rzetelnie opinię publiczną w kraju i na świecie o wszelkich poczynaniach w mediach i wokół nich, które zagrażają bądź obyczajności, bądź swobodzie publicznej dyskusji"[1]. Wolniewicz wyraził przekonanie, że Rada Etyki Mediów chce "nałożyć Polsce kaganiec na swobodę publicznej dyskusji" i "wprowadzić skrytą cenzurę"[2]. Inicjatywa ta miała miejsce po tym, jak Rada Etyki Mediów oraz Marek Edelman skrytykowali[3] Radio Maryja za nadanie, określanego przez nich jako antysemickiego, felietonu[4] Stanisława Michalkiewicza, a kieleckie Stowarzyszenie im. Jana Karskiego zażądało od prokuratury wszczęcia postępowania przeciwko autorowi[5].


Wybrane pisma
Ontologia sytuacji : podstawy i zastosowania, Warszawa : Państwowe Wydaw. Naukowe, 1985.
Filozofia i wartości : rozprawy i wypowiedzi : z fragmentami pism Tadeusza Kotarbińskiego, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1993.
Filozofia i wartości, 2, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 1998.
Logic and metaphysics : studies in Wittgenstein's ontology of facts, Warszawa : "Znak, Język, Rzeczywistość" : Polskie Towarzystwo Semiotyczne, 1999.
Filozofia i wartości, 3, Z fragmentem "Księgi tragizmu" Henryka Elzenberga i jego uwagami o "Dociekaniach" Wittgensteina, Warszawa : Wydział Filozofii i Socjologii Uniwersytetu Warszawskiego, 2003.
Boguslaw Wolniewicz and the Formal Ontology of Situations


INTRODUCTION

"The theory presented below was developed in an effort to clarify the metaphysics of Wittgenstein's Tractatus. The result obtained, however, is not strictly the formal twin of his variant of Logical Atomism. but something more, general, of which the latter is lust a special case. One might call it an ontology of situations. Some basic ideas of that ontology stern from Stenius Wittgenstein's Tractatus, Oxford, 1968 and Suszko Ontology in the Tractatus of L. Wittgenstein - Notre Dame Journal of Formal Logic, 1968.

Let L be a classic propositional language. Propositions of L are supposed to have their semantic counterparts in the realm of possibility, or as Wittgenstein put it: in logical space. These counterparts are situations, and S is to be the totality of them. The situation described by a proposition a is S(a). With Meinong we call it the objective of a."

From: Boguslaw Wolniewicz - A formal ontology of situations - Studia Logica 41: 381-413 (1982). pp. 381-382.



"Different ontologies adopt different notions of existence as basic. Aristotle's paradigm of existence is given by the equivalence:

(A) to be = to be a substance.

On the other hand, the paradigm of existence adopted in Wittgenstein's Tractatus is given by the parallel equivalence:

(W) to be = to be a fact.

Now, an Aristotelian substance is the denotation of an individual name, whereas a Wittgensteinian fact is the denotation of a true proposition. It seems therefore that the notions of existence derived from these two paradigms should be quite different, and one might readily expect that the metaphysical systems erected upon them will display wide structural discrepancies.

It turns out, however, that in spite of this basic difference there runs between these two systems a deep and striking parallelism. This parallelism is so close indeed that it makes possible the construction of a vocabulary which would transform characteristic propositions of Wittgenstein's ontology into Aristotelian ones, and conversely. To show in some detail the workings of that transformation will be the subject of this paper.

The vocabulary mentioned is based on the following four fundamental correlations:



Aristotle
Wittgenstein

1) primary substances (substantiae primae)
atomic facts
2) prime matter (materia prima)
objects

3) form (forma)
configuration

4) self-subsistence of primary substances (esse per se)
independence of atomic facts




Aristotle's ontology is an ontology of substances, Wittgenstein's ontology is an ontology of facts. But concerning the respective items of each of the pairs (1)-(4) both ontologies lay down conditions which in view of our vocabulary appear to be identical. To show this let us confront, to begin with, the items of pair (1): substances and facts.

(The interpretation of Aristotle adopted in this paper is the standard one, to be found in any competent textbook of the history of philosophy. Therefore, with but one exception, no references to Aristotle's works will be given here.)Relatively to the system involved substances and facts are of the same ontological status. Aristotle's world is the totality of substances (summa rerum), Wittgenstein's world is the totality of facts (die Gesamtheit der Tatsachen). For Aristotle whatever exists in the basic sense of the word is a primary substance, for Wittgenstein - an atomic fact. Moreover, both ontologies are MODAL ones, allowing for different modes of being (modi essendi); and both take as basic the notion of `contingent being' (esse contingens), opposed to necessary being on the one hand, and to the possibility of being on the other. Both substances and facts are entities which actually exist, but might have not existed. The equality of ontological status between substances and facts is corroborated by the circumstance that both are PARTICULARS, there being - as the saying goes - no multiplicity of entities which FALL UNDER them.

Substances and facts stand also in the same relation to the ontological categories of pairs (2) and (3). Both are always COMPOUND entities, a substance consisting of matter and form, and a fact consisting of objects and the way of their configuration. But in neither of the two systems is this compoundness to be understood literally as composition of physically separable parts or pieces. The compoundness (compositio) of a substance consists in its being formed stuff (materia informata), and the compoundness of a fact in its being a configuration of objects.

In view of correlation (4) we have also an equality of relation which a substance bears to other substances, and a fact to other facts. Self-subsistence is the characteristic attribute of primary substances: substantia prima = ens per se. If we take this to mean that each substance exists independently of the existence or non-existence of any other substance we get immediately the exact counterpart of Wittgenstein's principle of logical atomism stating the mutual independence of atomic facts. It should be noted that thus understood the attribute of self-subsistence or independence is a relative one, belonging to a substance - or to a fact - only in virtue of its relation to other substances - or facts.

From a Wittgensteinian point of view Aristotle's substances are not things, but hypostases of facts, and thus their names are not logically proper names, but name-like equivalents of propositions. (By that term we mean roughly either a noun clause of the form `that p', or any symbol which might be regarded as a definitional abbreviation of such clause.) Surely, from the Aristotelian point of view it might be easily retorted here that just the opposite is the case: substances are not `reified' facts, but on the contrary - facts are 'dereified' substances. Without passing judgement on these mutual objections let us note in passing that their symmetric character seems to be itself an additional manifestation of the parallelism discussed."

From: Boguslaw Wolniewicz - A parallelism between Wittgensteinian and Aristotelian ontologies. In Boston studies in the philosophy of science. Vol. IV. Edited by Cohen Robert S. and Wartofsky Marx W. Dordrecht: Reidel Publishing Company 1969. pp. 208-210 (notes omitted).




--------------------------------------------------------------------------------

SELECTED PUBLICATIONS (Works in Polish are not enclosed)

In 1970 Boguslaw Wolniewicz published a Polish translation of Ludwig Wittgenstein Tractatus logico-philosophicus.

A difference between Russell's and Wittgenstein's logical atomism. In Akten des XIV. Internationalen Kongresses für Philosophie. Wien, 2. - 9. September 1968 - Vol. II. Wien: Herder 1968. pp. 263-267
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.193-197

"A note on Black's 'Companion'," Mind 78: 141 (1969).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - p. 229.

"It is a mistake to suppose that in Wittgenstein's "Tractatus" the meaning of Urbild has any connexion with that of picture. "

A parallelism between Wittgensteinian and Aristotelian ontologies. In Boston studies in the philosophy of science. Vol. IV. Edited by Cohen Robert S. and Wartofsky Marx W. Dordrecht: Reidel Publishing Company 1969. pp. 208-217
Proceedings of the Boston Colloquium for the philosophy of science 1966/1968.

Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.198-207

"Four notion of independence," Theoria 36: 161-164 (1970).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.127-130.

WFour (binary) relations of independence I(p,q) between propositions are distinguished: the Wittgensteinian I sub-w, the statistical I sub-s, the modal I sub-m, and the deductive I sub-d. The validity of the following theorem is argued for: I sub-w(p,q) implies I sub-s(p,q) implies I sub-m(p,q) implies Isub-d(p,q). "

Wittgensteinian foundations of non-Fregean logic. In Contemporary East European philosophy. Vol. 3. Edited by D'Angelo Edward, DeGrood David, and Riepe Dale. Bridgeport: Spartacus Books 1971. pp. 231-243

"The notion of fact as a modal operator," Teorema: 59-66 (1972).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 218-224

"The notion of fact /fp = "it is a fact that p"/ is characterized axiomatically, and the ensuing modal systems shown to be equivalent to tT, S4 and S5 respectively."

Zur Semantik des Satzkalküls: Frege und Wittgenstein. In Der Mensch - Subjekt und Objekt (Festchrift für Adam Schaff). Edited by Borbé Tasso. Wien: Europaverl. 1973. pp.

Sachlage und Elementarsätz. In Wittgenstein and his impact on contemporary thought. Proceedings of the Second International Wittgenstein Symposium, 29th August to 4th September 1977, Kirchberg/Wechsel (Austria). Edited by Leinfellner Elisabeth. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1977. pp. 174-176

"Objectives of propositions," Bulletin of the Section of Logic 7: 143-147 (1978).
"The paper sketches out a semantics for propositions based upon the Wittgensteinian notion of a possible situation. The objective of a proposition is defined as the smallest situation verifying it. Two propositions are assumed to have the same objective iff they are strictly equivalent. Formulas are given which determine the objectives of conjunction and disjunction as functions of the objectives of their components. finally a link with possible-world semantics is established."

"Situations as the reference of propositions," Dialectics and Humanism 5: 171-182 (1978).
"The reference of propositions is determined for a class of languages to be called the "Wittgensteinian" ones. A meaningful proposition presents a possible situation. Every consistent conjunction of elementary propositions presents an elementary situation. The smallest elementary situations are the "Sachverhalte"; the greatest are possible worlds. The situation presented by a proposition is to be distinguished from that verifying it, but the greatest situation presented is identical with the smallest verifying. The reference of compound propositions is then determined as a function of their components."

"Les situations comme corrélats semantiques des enoncés," Studia Filozoficzne 2: 27-41 (1978).

Wittgenstein und der Positivismus. In Wittgenstein, the Vienna circle and critical rationalism. Proceedings of the third International Wittgenstein Symposium, 13th to 19th August 1978, Kirchberg am Wechsel (Austria). Edited by Bergehel Hal, Hübner Adolf, and Eckehart Köhler. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1978. pp. 75-77

"Some formal properties of objectives," Bulletin of the Section of Logic 8: 16-20 (1979).
"The objectives of propositions as defined in an earlier paper are shown here to form a distributive lattice."

A Wittgensteinian semantics for propositions. In Intention and intentionality. Essay in honour of G. E. M. Anscombe. Edited by Diamond Cora and Teichman Jenny. Ithaca: Cornell University Press 1979. pp. 165-178
"More than once Professor Anscombe has expressed doubt concerning the semantic efficacy of the idea of an 'elementary proposition' as conceived in the Tractatus. Wittgenstein himself eventually discarded it, together with the whole philosophy of language of which it had been an essential part. None the less the idea is still with us, and it seems to cover theoretical potentialities yet to be explored. This paper is a tentative move in that direction.
According to Professor Anscombe, (*) Wittgenstein's 'elementary propositions' may be characterized by the following five theses:
(1) They are a class of mutually independent propositions.
(2) They are essentially positive.
(2) They are such that for each of them there are no two ways of being true or false, but only one.
(4) They are such that there is in them no distinction between an internal and an external negation.
(5) They are concatenations of names, which are absolutely simple signs.
We shall not investigate whether this is an adequate axiomatic for the notion under consideration. We suppose it is. In any case it is possible to modify it in one way or another, and for the resulting notion still to preserve a family resemblance with the original idea. One such modification is sketched out below."

"On the lattice of elementary situations," Bulletin of the Section of Logic 9: 115-121 (1980).

"On the verifiers of disjunction," Bulletin of the Section of Logic 9: 57-59 (1980).

"The Boolean algebra of objectives," Bulletin of the Section of Logic 10: 17-23 (1981).
"This concludes a series of papers constructing a semantics for propositional languages based on the notion of a possible "situation". Objectives of propositions are the situations described by them. The set of objectives is defined and shown to be a boolean algebra isomorphic to that formed by sets of possible worlds."

"A closure system for elementary situations," Bulletin of the Section of Logic 11: 134-139 (1982).

"On logical space," Bulletin of the Section of Logic 11: 84-88 (1982).

"Ludwig Fleck and Polish philosophy," Dialectics and Humanism 9: 25-28 (1982).

"A formal ontology of situations," Studia Logica 41: 381-413 (1982).
"A generalized Wittgensteinian semantics for propositional languages is presented, based on a lattice of elementary situations. Of these, maximal ones are possible worlds, constituting a logical space; minimal ones are logical atoms, partitioned into its dimensions. A verifier of a proposition is an elementary situation such that if real it makes true. The reference (or objective) of a proposition is a situation, which is the set of all its minimal verifiers. (Maximal ones constitute its locus.) Situations are shown to form a Boolean algebra, and the Boolean set algebra of loci is its representation. Wittgenstein's is a special case, admitting binary dimensions only."

Contents:
0. Preliminaries;
1. Elementary Situations
1.1.The Axioms; 1.2.Some Consequences; 1.3. W-Independence; 1.4.States of Affairs;
2. Sets of Elementary Situations
2.1.The Semigroup of SE"-Sets; 2.2.The Lattice of Minimal SE"-Sets; 2.3.Q-Spaces and V-Sets; 2.4.V-Equivalence and Q-Equivalence; 2.4.V-Classes and V-Sets;
3. Objectives of Propositions
3.1. Verifiers of Propositions; 3.2. Verifying and Forcing; 3.3. Situations and Logical Loci; 3.4. Loci and Objectives of Compound Propositions 3.5. The Boolean Algebra of Situations;
4. References

"Truth arguments and independence," Bulletin of the Section of Logic 12: 21-28 (1983).

"Logical space and metaphysical systems," Studia Logica 42: 269-284 (1983).
"The paper applies the theory presented in "A formal ontology of situations" (Studia Logica, vol. 41 (1982), no. 4) to obtain a typology of metaphysical systems by interpreting them as different ontologies of situations.
Four are treated in some detail: Hume's diachronic atomism, Laplacean determinism, Hume's synchronic atomism, and Wittgenstein's logical atomism. Moreover, the relation of that theory to the "situation semantics" of Perry and Barwise is discussed."

"An algebra of subsets for join-semilatttices with unit," Bulletin of the Section of Logic 13: 21-24 (1984).

"A topology for logical space," Bulletin of the Section of Logic 13: 255-259 (1984).

"Suszko: a reminiscence," Studia Logica 43: 317-321 (1984).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.302-306

"Die Grundwerte einer wissenschaftlichen Weltauffassaung," Conceptus 19: 3-8 (1985).
"The scientific world-view is one of the fundamentals of our culture. It can be characterized in part by its specific system of values. A world-view is regarded as a scientific one if "truth" is one of its primary values, that is, as a value which is not a means, but an end in itself. Truth is served in particular by the two instrumental values of conceptual clarity and openness to critique. Their standing is (at present) low, for two reasons. (1) Unclear thinking not only promotes social idols; its consequences are also often difficult to see clearly and immediately. (2) In any case truth is of no interest (in a biological sense) to human beings; therefore, critique can at best be a socially tolerated activity. On the other hand, truth is not only a value, but also a force which in the long run cannot be held back; this fact gives some hope to adherents of the scientific world-view. "

"Discreteness of logical space," Bulletin of the Section of Logic 15: 132-136 (1986).

"Entailments and independence in join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic 18: 2-5 (1989).
"The paper generalizes Wittgenstein's notion of independence. in a join-semilattice of elementary situations the atoms are the Sachverhalte, and maximal ideals are possible worlds. A subset of that semilattice is independent iff it is free of "ontic ties". This is shown to be equivalent to independence in von Neumann's sense."

"On atomic join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic 18: 105-111 (1989).
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 307-312.

The essence of Logical Atomism: Hume and Wittgenstein. In Wittgenstein. Eine Neubewertung. Akten 14. Internationale Wittgenstein-Symposium. Vol. 1. Wien: Hölder-Pichler-Tempsky 1990. pp. 106-111

"A question about join-semilattices," Bulletin of the Section of Logic: 108 (1990).

Concerning reism in Kotarbinski. In Kotarbinski: logic. semantics and ontology. Edited by Wolenski Jan. Dordrecht: Kluwer 1990. pp. 199-204
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp.265-271

Elzenberg's logic of values. In Logic counts. Edited by Zarnecka-Bialy Ewa. Dordrecht: Kluwe 1990. pp. 63-70
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 286-292 (with the title: Elzenberg's axiology"

"1. Values are what our value-Judgements refer to, and the passing of Judgements is one of our vital activities, like sleeping and breathing. We constantly appraise things as good or bad, pretty or ugly, as noble or base, well-made or misshapen. No wonder that both the act of appraisal and that which it refers to - i.e. the real or spurious values - have been always the source of philosophical reflexion. In systematic form such reflexion is what we call axiology.
In Polish philosophy it was Henryk Elzenberg (1887-1967) who reflected upon matters of axiology most deeply and incisively.
(...)
3. Leibniz had said somewhere: "There are two mazes in which the human mind is most likely to get lost: one is the concept of continuity, the other is that of liberty". This admits of generalization: all concepts are mazes, viz mazes of logical relations between the propositions that involve them.
One such maze is the concept of 'value'. Possibly, it is even the same as one of the two mentioned by Leibniz, only entered - so to say - by another door. For it would be in full accord with Elzenberg's position - and with that of Kant too - to adopt the following characteristic: values are what controls the actions of free agents. Thus the concepts of value and of liberty should constitute one conceptual maze, or - which comes to the same - two mazes communicating with each other.
To get a survey of such logical maze the first thing is to fix the ontological category of the concept in question. Thus, in our case, we ask what kind of entities are those 'values' supposed to be. (Ontological categories are the most general classes of entities, the summa genera A term even more general has to cover literally everything: like 'entity' or 'something'. For everything is an entity, just as everything is a something.)
Different ontologies admit different sets of categories. The categories most frequently referred to are those of 'objects', 'properties', and 'relations'; the more exotic ones are those of an 'event', a 'set', a 'function', or a 'situation'. One point, however, is of paramount importance: the categories admitted In one ontology have to be mutually disjoint". p. 63; 66.

"A sequel to Hawranek/Zygmunt," Bulletin of the Section of Logic 20: 143-144 (1991).

Needs and value. In Logic and ethics. Edited by Geach Peter. Dordrecht: Kluwer 1991. pp.

On the discontinuity of Wittgenstein's philosophy. In Peter Geach: philosophical encounters. Edited by Lewis Harry. Dordrecht: Kluwer 1991. pp. 77-81
Reprinted in: Logic and metaphysics (1999) - pp. 13-17.

"A question of logic in the philosophy of religion," Bulletin of the Section of Logic 22: 33-36 (1993).

On the synthetic a priori. In Philosophical logic in Poland. Edited by Wolenski Jan. Dordrecht: Kluwer 1994. pp. 327-336

Logic and metaphysics. Studies in Wittgenstein's ontology of facts. Warsaw: Polskie Towarzystwo Semiotyczne 1999.
Contents: Preface 11; Discontinuity of Wittgenstein's philosophy 13; 1. Elementary situations as a lattice of finite length 19; Elementary situations as a semilattice 73; 3. Independence 127; 4. Elementary situations generalized 137; 5. Auxiliary studies 193; 5.1 The Logical Atomisms of Russell and Wittgenstein 193; 5.2 A parallelism between Wittgenstein and Aristotle 198; 5.3 Frege's semantics 207; 5.4. The notion of fact as a modal operator 218; 5.5 "Tractatus" 5.541 - 5.542 224; 5.6 History of the concept of a Situation 229; 6. Offshoots 243 6.1 Languages and codes 243; 6.2 Logic and hermeneutics 254; 6.3 Kotarbinski's Reism 265; 6.4 On Bayle's critique of theodicy 271; 6.5 Elzenberg's axiology 286; 6.6 Needs and values 293; 6.7 Suszko: a reminiscence 302; Supplements 307; Indices: Index of subjects 317; Index of names 326; Index of Tractatus references 329.

"Atoms in semantic frames," Logica Trianguli 4: 69-86 (2000).
"Elaborating on Wittgenstein's ontology of facts, semantic frames are described axiomatically as based on the notion of an elementary situation being the verifier of a proposition. Conditions are investigated then for suchframes to be atomic, i.e. to have lattice-theoretic counterparts of his "Sachverhalte"."

"Extending atomistic frames," Logica Trianguli 5 (2001).

Tractatus 5.541 - 5.542. In Satz un Sachverhalt. Edited by Neumaier Otto. Sankt Augustin: Academia Verlag 2001. pp. 185-190
"In Wittgenstein's "Tractatus", thesis 5 is the Principle of Extensionality: all propositions are truth-functions of their clauses. This, however, has been often thrown into doubt. There are - it is said - compound propositions whose truth-value does not depend on that of their clauses. The usual example given are the so-called intensional contexts, like "John thinks that p", or "John says that p". And indeed, the truth-value of "p" is patently immaterial here to that of the whole proposition which it is part of.
Wittgenstein's retort are the following much discussed theses, adduced here in a translation of our own:

5.54 In the general propositional form, propositions occur in one another only as bases of truth-operations.
5.541 At first sight it seems that a proposition might occur in another also in a different way.
Particularly in certain propositional forms of psychology, like "A believes that p is the case", "A thinks p", etc.
For taken superficially, proposition p seems here to stand to the object A in some sort of relation.
(And in modem epistemology - Russell, Moore, etc. - these have actually been construed that way.)
5.542 However, "A believes that p", "A thinks p", "A says p" are clearly of the form " 'p' says p "; and this is not correlating a fact with an object, but a correlation of facts by correlating their objects.

The objection is met here in two steps. Firstly, it is pointed out that a proposition of the form "John says that p" is actually of the form "'p' says that p". The idea is this: the proposition "John says that Jill has a cat" means: John produces the sentence "Jill has a cat", the latter saying by itself that Jill has a cat. In such a way propositions get independent of the persons producing them, and communicate some objective content. It is surely not by John's looks that we come to know about Jill's cat, but merely by his words. Whom they stem from, is irrelevant.
In his second step Wittgenstein follows Frege's interpretation of indirect speech, but with modifications. He points out that the formula " 'p' says that p " is equivalent to some compound proposition in which neither the proposition "p" as a syntactic unit, nor anything equivalent to it, does occur although there occur all the logically relevant constituents of "p" separately.
(...)
The distinction between abstract and concrete states of affairs is not drawn explicitly in the "Tractatus". But it fits well thesis 5.156, if we expand that thesis by a few words of comment, added here in brackets:

5.156(d) A proposition may well be en incomplete image of a particular (concrete) situation, but it is always the complete image (of an abstract one).

The circumstance that in 5.156 not "states of affairs", but "situations" are mentioned, is of no consequence in our context. We assume that states of affairs are just atomic situations, and so the distinction between "concrete" and "abstract" applies to both."

"Extending atomistic frames: part II," Logica Trianguli 6: 69-88 (2003).
"The paper concludes an earlier one (Logica Trianguli, 5) on extensions of atomistic semantic frames. Three kinds of extension are considered: the adjunctive, the conjunctive, and the disjunctive one. Some theorems are proved on extending "Humean" frames, i.e. such that the elementary situations constituting their universa are separated by the maximally coherent sets of them ("realizations")."

"On a minimality condition," Bulletin of the Section of Logic 34: 227-228 (2005).

Saturday, February 23, 2008

Rozmowa z Marią Fieldorf-Czarską, córką generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila"

Rozmowa z Marią Fieldorf-Czarską, córką generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila"


Rozmowa z Marią Fieldorf-Czarską, córką generała Augusta Emila Fieldorfa "Nila"

24 lutego 1953 r. o godz. 15.00 w więzieniu na Mokotowie został zamordowany generał "Nil". Czy wtedy wiedziała Pani, co stało się tego dnia?
- Byłam akurat około godz. 11.00 w prokuraturze w Warszawie. Przyjechałam z Łodzi, by dowiedzieć się, co dzieje się w sprawie ojca. Chodziło o to, że nie byłam w 100 procentach pewna, czy odrzucono podanie dziadka, Andrzeja Fieldorfa, do Bieruta o łaskę dla ojca. Przyjeżdżałam więc co kilka dni do Warszawy, żeby się dowiedzieć o los tego pisma. 24 lutego powiedziano mi, że nic nie wiadomo. Następny raz przyjechałam do Warszawy w pierwszych dniach marca. Wtedy oznajmiono mi, że wyrok na moim ojcu wykonano 24 lutego o godz. 15.00... Dlatego tak mi zależało, żeby w tym roku, w 55. rocznicę zamordowania ojca, o godz. 15.00 w telewizji publicznej wyświetlono film "On wierzył w Polskę" autorstwa Aliny Czerniakowskiej. Nie było zgody. Nawet na to sobie ojciec nie zasłużył... Czasem odnoszę wrażenie, że to nie są Polacy, ci, którzy podejmują takie decyzje.

Jesienią 2007 r. pion śledczy IPN wystąpił o europejski nakaz aresztowania wobec Heleny Wolińskiej, która podpisała nakaz aresztowania generała. Liczy Pani na to, że uda się ją sprowadzić do Polski?
- Nie, skądże. Anglicy jej nie wypuszczą. Tak się złożyło, że Polacy walczyli o Anglię, ale nie mogli potem dostać obywatelstwa brytyjskiego, a Wolińskiej dano je bez żadnych oporów i teraz jest chroniona.

Pani od lat podejmuje wysi łki, by doprowadzić do osądzenia sprawców zbrodni na generale. Kiedy to się zaczęło?
- W 1990 roku. Pierwsza była sprawa sędzi Marii Gurowskiej, która wydała na ojca wyrok śmierci. Ale zmarła w 1998 r., zanim ruszył proces. Były ciągłe odroczenia, przewlekano procedury, osiem lat właściwie zmarnowano.

Wtedy krąg osób zamieszanych w zbrodnię na "Nilu" był znacznie szerszy. Gdyby nie "gruba kreska", kto wie, może sprawiedliwości stałoby się zadość.
- Ale nie chciano nic robić! To był mord sądowy, bardzo nie na rękę było wszczynać sprawę takich zabójstw, bo to oznaczało precedens. Proszę sobie wyobrazić, że wymiar sprawiedliwości wciąż stoi na stanowisku, iż żyjące jeszcze trzy osoby, które uczestniczyły w morderstwie na moim ojcu: prokurator Alicja Graff, Witold Gatner i śledczy Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Kazimierz Górski, postępowały zgodnie z obowiązującym prawem! Ale przecież nawet wbrew temu prawu Górski odmówił dopuszczenia wskazanych przez ojca świadków! Mało tego, podczas przesłuchania w prokuraturze w latach 90. wszystkiego się w ogóle wyparł. A przecież to Górski spreparował fałszywych świadków, to on sporządził fałszywy akt oskarżenia przeciwko ojcu.

Wyczuwam, że przemawia przez Panią nie tylko ból córki? Niegodnie traktowana "sprawa generała 'Nila'" upokarza nas wszystkich.
- Mówię publicznie, że gdyby mój ojciec był Żydem i zamordowaliby go Polacy, to na pewno by ich znaleźli, osądzili i skazali. Mord sądowy na moim ojcu od początku, od wydania nakazu aresztowania przez Wolińską, do wykonaniu wyroku, przy którym asystował jako prokurator Gatner, dokonany był przez osoby pochodzenia żydowskiego. Sąd Wojewódzki: pani Gurowska, prokurator i adwokat z urzędu, Sąd Najwyższy - Igor Andrejew, matka Żydówka, ojciec Rosjanin.

W jednym z pism do prokuratury, domagając się ścigania sprawców mordu, pisała Pani, że "Czas najwyższy odsłonić żelazną kurtynę stworzoną na polecenie sowieckich okupantów, a w niektórych przypadkach jeszcze obowiązującą". Ta kurtyna wciąż odgradza od prawdy?
- Nie mogę pojąć, że niby jest wolna Polska, a ja wciąż napotykam jakiś mur. Nie ma mowy, żeby go przebić. W 50. rocznicę śmierci ojca Instytut Pamięci Narodowej w Warszawie zorganizował sympozjum, na którym więcej mówiono o oprawcach niż o moim ojcu. Chciałam wstać i zapytać, czy to jest sympozjum ku czci pana prokuratora Emila Merza, czy generała Augusta Emila Fieldorfa, bo mam wątpliwości.

Czy tak Pani wyobrażała sobie wolną Polskę?
- Ależ skąd! Zawsze powtarzam, że moją Ojczyzną jest Polska Podziemna. Ojczyzna kojarzy mi się z matką, trzeba ją też kochać jak matkę. Tak jak wobec rodziców mamy pewne oczekiwania, tak i wobec Ojczyzny. Jeżeli te oczekiwania zostają zakłócone przez najeźdźców, to wtedy trudno - nie można mieć pretensji, bo jest okupacja. Dlatego w czasie okupacji niemieckiej stworzyliśmy swoją własną Ojczyznę - prawą, szlachetną, która żąda ofiar. Nie zastanawialiśmy się, że coś złego może nas spotkać przez to, że jej służymy. Dlatego mówię, że moją Ojczyzną jest Polska Podziemna. Bo Polska Podziemna była szlachetna, bez kompromisów, bez uległości, jaka teraz charakteryzuje wiele osób. Dla wygody, dla pieniędzy i kariery tacy ludzie będą ulegli nawet wobec wrogów. Tego nie było w czasie okupacji niemieckiej.
Co innego pod okupacją sowiecką, która zniewalała ludzi duchowo. W czasie okupacji niemieckiej Polacy byli bardzo solidarni, wzajemnie sobie pomagali, nie żądając niczego w zamian. To było naprawdę wzniosłe i piękne. Może dlatego że byliśmy wychowani w innej Polsce, w Polsce prawdziwie niepodległej, z patriotycznym szkolnictwem.

Pani pokolenie otrzymywało ten sam przekaz wartości w domu, w szkole, w Kościele. Nie było żadnego dysonansu, niebezpiecznego chaosu. Na takiej glebie rosły piękne charaktery?
- Byliśmy przygotowani do tego przez szkołę, dom i przez Kościół. Patriotyzm wpajano nam od dziecka. Mało tego, dlaczego nasi rodzice byli tak patriotycznie wychowani? Bo w czasie rozbiorów, mimo niewoli, zachowano patriotyzm w rodzinach.

Co nie udało się zaborcom, tego w dużej mierze dokonali komuniści, niszcząc najbardziej żywotną tkankę wspólnoty narodowej.
- Na początku jeszcze panowała gra pozorów - Bierut chodził do kościoła, zachowano flagę biało-czerwoną, hymn "Jeszcze Polska nie zginęła". Stwarzano fasadę niepodległości i dlatego to było takie trujące dla Narodu.

Uważała Pani PRL za swoją ojczyznę?
- To były rządy ludzi zniewolonych przez Sowietów, a żaden człowiek zniewolony przez jakąkolwiek dyktaturę nigdy nie będzie dobrym patriotą. Nie potrafi nim być. Dla niego nie będzie najważniejsze dobro Narodu, tylko dobro partii. Nie mogę uznać, że PRL to była Polska niepodległa, bo to nie była Polska dla Polaków, tylko dla partii - dla PZPR. Nie utożsamiam się z PRL, ale nie potrafię się też utożsamić z III RP, bo jeśli sądownictwo nie jest niezawisłe, to nie żyjemy w państwie prawa. A z taką Polską się nie utożsamiam.

Gdzie szukać nadziei na odrodzenie?
- Tylko w młodzieży. Widzę, że młodzi szukają autorytetów, chcą poznać prawdziwą historię, łakną wiedzy, której nie otrzymują od nauczycieli. Niestety, wiele rzeczy jest wciąż zablokowanych, wystarczy wziąć do ręki podręczniki szkolne. Jeżeli młodzieży nie nauczy się prawdziwej historii, miłości do Ojczyzny, to trudno wymagać, żeby potem zachowywała się inaczej, niż to widzimy.

Mówi Pani o młodzieży... Nie zapominajmy jednak o tych, których krzywd nie naprawiono do tej pory. Odchodzą już ostatni rówieśnicy tamtej Polski z 1918 roku. Co można dla nich zrobić?
- Oczekujemy pochylenia się nad tymi ludźmi skrzywdzonymi, wyciągnięcia pomocnej ręki. Bardzo często osoby te są inwalidami, ale nie stać ich na leki. Ja np. nie wykupuję recept, bo nie wystarcza mi pieniędzy. Mieliśmy różne zniżki i to wszystko nam odebrano. Jesteśmy starzy i niepotrzebni.

Zawsze szła Pani pod prąd?
- Tak. W firmie, w której pracowałam, kiedyś namawiali mnie, żebym koniecznie poszła na pochód pierwszomajowy. "Panie dyrektorze, czy pan mnie widzi na pochodzie?" - zapytałam. Zaczął się śmiać. Moja zdecydowana postawa budziła u ludzi szacunek, nigdy nie znalazłam się w dwuznacznej sytuacji. Ale po 1989 r. zagubiłam się. Uważałam, że Wałęsa to wielki patriota, głosowałam na niego, nie przeszkadzało mi, że nie ma wykształcenia, że to taki chłopek-roztropek, a nawet uważałam, że to może lepiej. Szanowałam polskich chłopów, bo oni nie byli ulegli. Myślałam więc, że postać Wałęsy symbolizuje to, co najlepsze w Polaku. Ale zawiodłam się. To bardzo boli...

W latach 90. wystąpiła Pani w obronie pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. W tym przypadku nie było zawodu?
- Uważałam płk. Kuklińskiego za wielkiego bohatera. Na spotkaniu z nim w siedzibie "Tygodnika Solidarność" powiedziałam, że mój ojciec byłby dumny, gdyby miał takiego syna jak on. Bardzo się wzruszył... Pułkownik wykazał heroiczną odwagę, stając sam jeden naprzeciw takiego ogromu zła. Patrząc na niego, widziałam mego ojca, bo on też stał samotnie, przeciwstawiając się złu. Przecież ubowcy powiedzieli, że gdyby podpisał odezwę do WiN [V Komenda WiN - struktura stworzona i kontrolowana całkowicie przez UB - wyj. red.], ocali życie. Ale ojciec kategorycznie odmówił. Podczas ostatniego widzenia z mamą powiedział: "Odmówiłem współpracy, dlatego mnie skazali". Uważam, że ofiara pułkownika Kuklińskiego była nawet większa od ofiary mego ojca, bo on stracił swoje życie, a pułkownik widział, jak zamordowano mu synów. To straszne i nieludzkie. Bardzo mu serdecznie współczułam. Widziałam w nim nie tylko bohatera, ale i męczennika.

Z obrony płk. Kuklińskiego wyrosła znajomość ze Zbigniewem Herbertem? Widzę tu kilka listów poety do Pani...
- Ponieważ Zbigniew Herbert w "Tygodniku Solidarność" ujął się za Kuklińskim, więc napisałam do niego list z wyrazami solidarności. Dla mnie papierkiem lakmusowym stosunku do patriotyzmu i wartości człowieka był zawsze stosunek do płk. Kuklińskiego. Podam przykład. W kole naszych partyzantów wileńskich chciałam zbierać podpisy w sprawie rehabilitacji pułkownika, ale napotkałam opór. Koledzy powiedzieli, że to był zdrajca. To z kim ja mam do czynienia? A to byli wszystko zbowidowcy. Taka jest prawda. Odsunęłam się od nich. Wydaje mi się, że człowiek dwulicowy jest zdolny do wszystkiego. Zawsze mówiłam, że wolę PZPR niż Unię Wolności, bo wiedziałam, że komuna to wróg i nie podszywa się pod przyjaciela. A UW udaje prawicę, a tak naprawdę to oni są przeciwko Polsce. Zawsze miałam takie poglądy: twarde, zdecydowane. U mnie nie ma albo - albo, tego nauczył mnie ojciec. Uważam, że największą szkodę robią ludzie ulegli, tacy, którzy niby są za, dodają jednak: "ale" ... To jest bardzo niebezpieczny gatunek człowieka.

Pani Mario, Pani i Zbigniew Herbert jesteście z tych, "co mają tak za tak - nie za nie - Bez światłocienia...". Do ducha poezji Norwida odwoływała się też przysięga Armii Krajowej, w której Pani służyła w czasie wojny.
- To stało się tak jakoś samo. W domu, w którym mieszkaliśmy w Kolonii Wileńskiej przy ul. Wodnej, urządzono punkt sanitarny. Przywożono tu w czasie okupacji niemieckiej rannych żołnierzy AK, a także takich już podleczonych w innych punktach. Mój szwagier odwoził ich potem do lasu. Po maturze, którą zrobiłam na tajnych kompletach, zostałam w 1943 r. zaprzysiężona w AK jako sanitariuszka.

Ojciec wiedział o tym? Bo Pani na pewno nie znała jego okupacyjnej działalności?
- Rzeczywiście, nie miałam pojęcia, czym się zajmuje. Wiedzieliśmy tylko wszyscy, że był w AK i że jako pułkownik musiał piastować jakieś znaczące stanowisko. Nie bardzo chciano nas w to wtajemniczać, żeby w razie aresztowania nie stwarzać niebezpieczeństwa. Ale myśmy na to wcale nie zważały.

W czasie akcji "Ostra Brama" była Pani w Wilnie?
- Pracowałam jako sanitariuszka w Kolonii Wileńskiej w szpitalu polowym urządzonym w szkole podstawowej. Tam przywożono rannych żołnierzy, nie tylko akowców. Dostałam pod opiekę dwóch pacjentów: ranną Rosjankę z Armii Czerwonej, która zachorowała na tężec, i 18-letniego Niemca, chorego na odrę. Pamiętam go jak dziś, majaczył, a gdy odzyskał przytomność, poprosił, żeby go nie wydawać w ręce Rosjan. Został gdzieś ukryty, Polacy to potrafią... Po aresztowaniu "Wilka" [ppłk Aleksander Krzyżanowski "Wilk", komendant Okręgu Wileńskiego AK - wyj. red.] przez Sowietów dostaliśmy cynk, że trzeba likwidować szpital, żeby nie wywieźli nas na Kołymę. Boże, jak nam było smutno, chłopcy płakali, chowali orzełki z czapek.

Poznała Pani uczucie strachu podczas okupacji?
- Pamiętam, że tylko raz się przestraszyłam. W czasie akcji "Ostra Brama" gotowaliśmy też jedzenie i zawoziliśmy picie dla żołnierzy 3. Brygady Wileńskiej AK "Szczebca" w Kolonii Wileńskiej. Trzeba było biec z garami z gorącą zupą lub z wodą pod kulami. Wskakiwaliśmy więc do lejów po bombach, a odpryski latały górą. Wtedy jednak się nie bałam. Ale jednego dnia kazali mi iść do studni, żeby przynieść wody dla partyzantów. Wzięłam więc wiadro i poleciałam. Raz przyniosłam, potem drugi. Niemcy widocznie mnie zauważyli, bo puścili serię kul, które rozrywały się, wybuchając ogniem. Wtedy autentycznie się bałam. Ale w takich chwilach człowiek dostaje jakiejś wielkiej siły. Mogłam rzucić to wiadro, bo było już przedziurawione, ale dobiegłam z nim do lasu. A tam tylko liście się sypały od kul. Żadna mnie nie trafiła...

Chciała Pani wypełnić rozkaz?
- Tak, bo jakże nie przynieść chłopakom wody?

Ojciec byłby zadowolony...
- W ogóle nie rozmawiał z nami o konspiracji. Kiedy przyjechał pierwszy raz do Wilna w czasie okupacji niemieckiej, spotkaliśmy się, ale za drugim razem już nie. Wtedy Niemcy aresztowali mamę, straszyli, że córki też wezmą, więc ukrywałyśmy się z siostrą. Niemcy mamę wypuścili, widać nie skojarzyli jej nazwiska jako podejrzanego. Natomiast gdy Wilno zajęli po raz drugi Sowieci, aresztowali mamę w czasie, gdy w Moskwie trwał proces szesnastu. Tam zostało wymienione nazwisko mojego ojca. Wtedy już bałam się, że Sowieci jednak skojarzą mamę i ją aresztują. I tak się stało. Dziwne, ale w nocy moja mama śniła, że dom jest otoczony przez ludzi w sowieckich czapach wojskowych. Zrobili nam rewizję, a ja wcześniej na prośbę kolegów z AK ukryłam w piwnicy przy werandzie broń. Człowiek, który kazał mi otworzyć klapę, spojrzał w głąb i... Powiedział, że mogę zamknąć. To niemożliwe, musiał zauważyć broń, a mimo to udał, że tam nic nie ma. To było coś niesamowitego. Z kolei mama opowiadała, że spotkała go w więzieniu, gdy prowadzono ją na przesłuchanie. Uśmiechnął się. W protokole z rewizji w naszym domu napisał, że nic nie znaleziono. Poszłam wtedy do Ostrej Bramy, do Matki Bożej, by błagać o uwolnienie mamy. Rzadko człowiek potrafi się dobrze modlić, ja w każdym razie nie umiem. Muszę mieć jakieś wzruszenie. Taka była wtedy moja modlitwa. I nikogo nie wypuszczono, tylko moją mamę i ciotkę. Nikogo z Kolonii Kolejowej, bo tam był szpital, dowództwo AK. Wuja Staszka wywieźli aż na Kołymę. Gdy szykowaliśmy się do wyjazdu z Wilna, poszłyśmy na ul. Subocz, gdzie miał mieszkać ten nieznajomy. Moja mama spotkała go i powiedziała: "Dziękuję panu". Nie wiem do tej pory, kto to był.

Pan Bóg posyła dobrych ludzi, nie patrząc na narodowość. Panie były już zagrożone aresztowaniem podczas pierwszej okupacji sowieckiej?
- Byłyśmy na liście, już mieli nas wywieźć, tuż przed wkroczeniem Niemców w 1941 roku. Mama przyszła z pracy, ja wcześniej zapakowałam rzeczy, porobiłam toboły. Mama jednak powiedziała, że nigdzie nie pojedziemy. Pamiętam, czytałam wtedy "Księgę z San Michale" Axela Munthego, zabrałam książkę, jasiek, koc i do lasu. Było lato. Gdy Sowieci przyszli po nas, nikogo nie zastali, więc poszli. Sąsiedzi nam o tym powiedzieli, a poszłyśmy zanocować do cioci. Zaraz potem weszli Niemcy. Jakoś nam się udało.

Szczęście sprzyjało nie tylko wtedy...
- Tak, wojna jakoś nas ciągle oszczędzała. Najgorsza jednak była druga okupacja sowiecka. Bardzo dużo chłopców z AK zostało w lesie. Razem z moją koleżanką Reginką jeździłyśmy do Paciun koło Mejszagoły, woziłyśmy tam bandaże, opatrunki, leki. Prawie wszystkich tych chłopców rozstrzelali Sowieci. Spotkałam się ze strasznym okrucieństwem - dobijali rannych, bezwzględnie mordowali żywych. Właściwie z takim okrucieństwem spotkałam się dwa razy. Pierwszy raz w 1939 r. w Brzeżanach, gdy na moich oczach, wówczas 14-letniej dziewczynki, Ukrainiec zabił siekierą staruszkę. To był dla mnie wstrząs, nie mogłam spać po nocach. Byłyśmy przygotowane, że z nami stanie się to samo. Mama miała pistolet, by w razie czego nas zastrzelić, żeby nie dopuścić do gwałtów. Cieszyliśmy się, jak przyszła armia sowiecka, bo ustały wszystkie mordy. Dziwne, do Sowietów nie mieli pretensji, a do Polaków tak. Litwini też mieli pretensje, a przecież nie byli w Wilnie prześladowani, mieli swoje szkoły, mimo że stanowili tylko 0,3 proc. mieszkańców.

Żal było wyjeżdżać z Wilna po wojnie?
- Nie, opuszczałyśmy miasto w panice, bo naprawdę bardzo bałyśmy się o swój dalszy los. Mamę wprawdzie wypuszczono z więzienia, ale nie wiadomo było, na jak długo. My z siostrą w każdej chwili też mogłyśmy spodziewać się aresztowania. Przekraczając granicę, nie wiedziałam, że za parę lat znowu u nas w domu będzie kocioł. Zrobi go UB tuż po aresztowaniu ojca. Śmiałam się, bo naprzeciwko mieszkała rodzina żydowska, ciągle przychodzili coś pożyczyć od nas. Ubowiec jednak nikogo z nich nie wpuścił, mówiąc, że zaraz przyjdzie tu 40 Żydów i nie będzie gdzie spać. Przyszedł też 7-letni synek przyjaciółki mojej mamy, wywieziony z Rosji. Ubowiec wziął go mocno za ramię, ale chłopczyk ugryzł go w rękę. Wypuścił go, a mały szybko uciekł i zaraz zawiadomił innych, co się u nas dzieje.

Czy ojciec spodziewał się aresztowania?
- Tak, przecież cały czas po powrocie z Syberii za nim chodzili.

Za Panią też. Z odtajnionych dokumentów bezpieki wynika, że zaciągnięto kontrolę nad całą rodziną generała.
- A ja dostałam z IPN zaświadczenie, że nie byłam pokrzywdzona.

To kto był?
- Nie wiem. Wałęsa był pokrzywdzony, a ja nie. Odwołałam się od tego pisma, argumentując, że przecież byłam śledzona, przeglądano naszą korespondencję. Teraz IPN mówi, że nie ma mojej teczki, ani mamy, ani mojej siostry. Żadna z nas nie była pokrzywdzona! A wie pani, jak rozmawiałam z Wałęsą?

Nie. Domyślam się, że rozmowa mogła być burzliwa.
- W czasie otwarcia sali wystawienniczej IPN w Gdyni, której nadano imię mego ojca, podeszła do mnie pani, która przedstawiła się jako dyrektor biura prezydenta Lecha Wałęsy. Powiedziała, że pan prezydent chciałby się ze mną spotkać. Odmówiłam. Po powrocie do domu telefon: " - Tu mówi Wałęsa. Dzień dobry pani. Pani zabrania czcić pamięć swego ojca. - Komu? - Mnie. - Nic podobnego, kto panu to powiedział, proszę bardzo. - Ale odmówiła pani spotkania ze mną. - I w dalszym ciągu odmawiam. - Ale ja panią zapraszam na kawę. - Nie skorzystam z zaproszenia. - Dlaczego? - Bo mam o panu nie najlepsze zdanie. - Dlaczego? - Chce pan wiedzieć, dlaczego? Za obalenie rządu Jana Olszewskiego. To było zrobione w karygodny sposób. - Pani mi zazdrości! - Czego? Wyrzutów sumienia? - Pani uprawia warcholstwo. - Dziękuję za rozmowę" - zakończyłam. Zawsze mówiłam i mówię prawdę. Mój ojciec mnie uczył tego od małego dziecka. Tego się trzymam.

"Można go złamać, ale nie można go zgiąć" - taki napis widnieje na tablicy ku czci generała "Nila" w gdańskim IPN. Nie byli w stanie złamać go nawet komuniści?
- Poszłam do adwokata Jerzego Meringa, żeby złożył apelację po wyroku śmierci orzeczonym przez sąd wojewódzki. Powiedział: "Ach, to jest taki mocny człowiek, takich ludzi nam potrzeba". "Do czego?" - zapytałam. "Nam, do partii". Poproszony o napisanie odwołania od orzeczonej kary śmierci Mering stwierdził, że... to jest właściwie bardzo dobry wyrok (!), bo inaczej ojciec musiałby gnić w więzieniu do końca życia. "Życzę panu z całego serca takiego samego wyroku" - powiedziałam. I proszę sobie wyobrazić, podobno w Izraelu, dokąd wyjechał po 1956 r., miał proces o zabójstwo...

Nie rezygnuje więc Pani mimo zawodów i trudności, by nie tylko "sprawa generała 'Nila'" znalazła wreszcie finał, ale i Polska wybiła się wreszcie na duchową wolność?
- W zasadzie są to raczej marzenia, ponieważ wiem, że nie doczekam ich realizacji. Marzy mi się Polska, której aparat sprawiedliwości jest czysty i godny najwyższego szacunku i zaufania. Tego rodzaju instytucja powinna być fundamentem państwa prawa. Chciałabym bardzo, abyśmy my, Polacy, wybierali sobie na autorytety osoby według własnego rozeznania, a nie opierali się na opinii podpowiadaczy. Niestety, środki masowego komunikowania, oprócz Radia Maryja, Telewizji Trwam, "Naszego Dziennika", "Niedzieli", "Naszej Polski", są w dalszym ciągu w dyspozycji ugrupowań libertyńskich. Wszystko się rozpływa, bo nie mamy mediów. Nic się nie poprawi ze świadomością Polaków, jeżeli nie odzyska się telewizji. Jedna Telewizja Trwam wszystkiego nie zrobi. Gdybym miała pieniądze, zaraz bym coś uruchomiła, ale mam 1500 zł emerytury. Jest to bardzo smutne, albowiem nie widzę ani chęci, ani woli do zmiany tego stanu rzeczy. Dlatego nikłe są moje nadzieje na osądzenie mordu sądowego na moim ojcu oraz na ustalenie miejsca jego zagrzebania. Myślę, że mojemu ojcu należy się od rodaków godny pochówek.

Miejsce spoczynku ciała "Nila" pozostaje wciąż nieznane. Po 1989 r. zostawiono w spokoju osoby, jak naczelnik więzienia na Mokotowie Alojzy Grabicki, które z całą pewnością miały wiedzę na ten temat.
- Ja przypuszczam, że ciało ojca oddano do prosektorium.

Tak jak stało się prawdopodobnie ze słynnym Józefem Kurasiem "Ogniem"?
- Komuniści nie chcieli, żeby pozostał jakikolwiek ślad po polskich patriotach. Wprawdzie ks. Józef Maj z parafii św. Katarzyny na Służewie w Warszawie otrzymał relację pewnej pani, która ekshumując nocą szczątki swego zamordowanego przez UB męża, miała rozpoznać w dole śmierci mego ojca. Jednak nie wierzę, aby w nocy mogła go zidentyfikować, i dlatego wkładam tę opowieść między bajki.


Dziękuję za rozmowę.
Małgorzata Rutkowska

Zbrodnie UB - Hołd ofiarom (Olmonty)

Zbrodnie UB - Hołd ofiarom (Olmonty)

ZBRODNIE (ŻYDO)KOMUNISTÓW- "Rabin kontra prof. Nowak" 1/2

ZBRODNIE (ŻYDO)KOMUNISTÓW- "Rabin kontra prof. Nowak" 1/2

Friday, February 22, 2008

Warszawskie dzieci,Rota.Powstanie Warszawskie.

Warszawskie dzieci,Rota.Powstanie Warszawskie.



Warszawskie dzieci,Rota.Powstanie Warszawskie.

Jews were invated to Poland in the Middle Ages, when they were persecuted in the most of Western Europe, they even got special rights, which other people didn't have, sure that wasn't pure love, but Poland was losing many people in countless wars, so simply needed more people, but anyway facts matter. Without that Jews If survived would be something like native Americans today.

It got worse in 19th century, when Poland lost independence and Poles realized that minorities, especially Jews didn't really care abou that. That's when the whole Polish nationalism was born, before people in Poland were first of all divided into nobelmen and peasants, not into nationalities. Jews not only weren't patriotic, usually they didn't even bother to learn the language and assimilate.

During WW2 not so many people were helping Jews, but very few collaborated (Poland was the only country without collaboration government or any other serious collaboration forces) and most were just trying to survive, 3 million Polish "goys" (non Jews) were killed and they couldn't help themselves, so how they could help someone else ?

If you ask If there was anti-semitism in Poland, the answer can't be other than yes, but Poland and Poles generally did more good than bad for Jews and anti-Semitism in 19th and early 20th century was maybe not justified but let's say not surprising in that situation.

Unfortunately many Jews (especially American) today is spreading anti-Polish propaganda, which especially in case of WW2 and a country, which lost the most and a nation, which suffered less than only Jews and Gypsies is shocking and simply disgusting.

Let's take a look at this from your first post:
"Post war only 4 of the 700 survived. He returns to his home after the war to find it occupied by 3 families who denied him access and berated him for wanting it back."

For a western reader, who has little idea about situation in Poland during and after WW2 that's of course "Polish antisemitism", the author knows that, so of course he "forgot" to add that about 50% of buildings in Poland were destroyed or seriously damaged (in Warsaw over 90%), so people were moving to whatever was still standing. What these 3 families should have done ? Got frozen looking at the empty house, whose owners were probably dead ? Or take their children and leave to the forest, when mr. owner came back and wanted to have a large house only for himself ?